czwartek, 27 lipca 2017

herbata z wierzbówki


Wspominałam już w jednym z postów o tym wynalazku - herbacie z wierzbówki. Jedna z czytelniczek napisała mi, że ten napój nazywany był "Iwan czaj" i cieszył się dużą popularnością we wschodniej Polsce. Przyznaję, że sama o nim nigdy nie słyszałam, a z tej części Polski pochodzę.

Wierzbówka lubi gleby wilgotne, podmokłe(u nas pełno jej w okolicach torfowisk), jej liście do złudzenia przypominają liście wierzby.

Jak przygotowujemy taką herbatę, a w zasadzie susz?

Szukamy wierzbówki, zrywamy młode liście(ja brałam wszystkie, nie tylko te młode) i pozostawiamy je do lekkiego przywiędnięcia.



Następnie rolujemy je w rękach w "cygara" do momentu, aż lekko puszczą sok:



Układamy je w słoiku, przykrywamy wilgotną ściereczką lub zakręcamy zakrętkę. Nie mam pojęcia czy trzeba dokładnie zamknąć(biorąc pod uwagę użycie przewiewnej ściereczki, założyłam, że nie muszę szczelnie dokręcać słoika)



Słoik trzymam w ciepłym miejscu - u mnie był to pokój dzienny lub kuchnia - przez około 12 godzin. W tym czasie zaczyna się proces utleniania i liście z koloru zielonego przechodzą w brązowy, jednocześnie pojawia się delikatny zapach. Jedni mówią, że ziołowy, inni, że owocowy.
Nie fermentujemy liści dłużej niż 30 godzin, bo zaczną gnić.



Po oksydacji zwinięte liście wyjmujemy, tniemy na kawałki - u mnie ok. 2cm - i suszymy w rozszczelnionym piekarniku, w 100 stopniach przez około godzinę. Liście muszą być naprawdę suche, ale nie spalone. Pozwalamy im wystygnąć i pakujemy do szczelnych pojemników. Im dłużej przechowywana, tym bardziej zdecydowanego zapachu nabiera. Mój ponad 3 miesięczny susz pachnie teraz obłędnie!

Wysuszone liście wyglądają tak:



Herbata z wierzbówki ma działanie uspokajające i delikatnie usypiające, choć ja tego nie odczułam nigdy. W smaku jest lekko cierpka. Można ją łączyć z miętą, melisą, lawendą i innymi ziołowymi herbatkami.



Tutaj strony, którymi się posiłkowałam przed pierwszą fermentacją, a w zasadzie oksydacją :)

Czajnikowy

Herbata nasza pasja

środa, 26 lipca 2017

Craggaunowen, Co. Clare





... czyli drugie miejsce, które funkcjonuje jako skansen. Pierwszym był Irish National Heritage Park, który nas oczarował i można powiedzieć, że skradł nasze serca.  Opis naszej wycieczki Craggaunowen zaczynam od drugiej części, czy raczej partii naszych zdjęć ... jakoś tak wyszlo.

Wycieczka przez las i oto na drodze rekonstrukcja dolmenu - czyli budowli o charakterze grobowca.



Choć nie był jakiś specjalnie duży, to w tym otoczeniu i promieniach popołudniowego słońca przyciągał uwagę.



Sam las... magia... Mogłabym chodzić między tymi drzewami i chodzić...






Zwalone gałęzie, czapy mchów....



Paprocie  -Języcznik zwyczajny - porastały całe połacie lasu. Po angielsku jest znany jako hart's-tongue fern



Co jakiś czas, wzdłuż ścieżki, napotykamy na ułożone tam kamienie, a na nich, pismo celtyckie - ogham







Zbliżamy się do fortu zbudowanego na planie okregu:



...i już jesteśmy w środku:



W jednym z domów było zejście do piwnicy czy raczej podziemnego przejścia, w formie korytarzy. Używane było jako schronienie w czasie napaści na fort, ale głównie jako spiżarnia. Było bardzo dobrze wentylowane, a przy tym pozbawione przeciągów! Temperatura utrzymywała się zawsze w granicach 4 stopni, niezależnie od tej na powierzchni.

Oczywiście nie odmówiłyśmy sobie zejścia:



W forcie pokazano narzędzia i przedmioty służące obróbce wełny. Poniżej dom tkaczki, że tak to nazwę.




Tak wyglądał warsztat:



Kawałek utkanego materiału:



Miejsce farbowania:



W garnku widać kolorową - może zbyt mocne słowo - wełnę:




Moja córka, wsparta głową o poduchę z mchu. Odpoczywa, łączy z naturą czy też przeżywa załamanie wycieczką?


Mech tak gęsty, że spokojnie zagłębiamy w nim nasze dłonie:



Widok fortu z leśnej ścieżki. Tutaj czas się zatrzymał i ta cisza i spokój aż zatykają. Jest wspaniale, po prostu wspaniale:



Najmłodsze dziecię odważnie maszeruje w las....



Gra słońca i cieni:



I na koniec zdjęcie, które zrobiła moja córka:


Część druga, już wkrótce...

poniedziałek, 10 lipca 2017

Glendeer Pet Farm...




...czyli z aparatem i dziećmi wsród zwierząt.

Glendeer Pet Farm to miejsce, gdzie dzieci mogą się jeszcze zetknąć ze zwierzętami hodowlanymi, często ich różnymi rasami. Położone tuż za Athlone, między polami, jest fantastycznym miejscem odpoczynku i rozrywki.


Przy zakupie biletu, dzieciaki otrzymują torebeczki z karmą i się zaczyna!





Torebki są z małą ilością ziarna, bo zwirzęta chyba by pękły z przejedzenia już w połowie dnia :)






Strusie, jak to w ich naturze, jak tylko mają okazję, zabieraja całą torbę z żarciem :) trzeba się pilnować...







Budło z gór Szkocji:





Nie da się ukryć, że poroże imponujące :)



Cała masa ptactwa, które pamiętam z dzieciństwa na wsi, a moje dzieci już tylko z takich wypadów...










Mini skansen, czyli jeden dom z wyposażeniem.









Atrakcją dla dzieci, a odpoczynkiem dla rodziców, jest spacer wśród drzew - szlakiem wróżek:







Do tego jest jeszcze plac zabaw - całkiem dobrze wyposażony, mini labirynt i stoły piknikowe. Jeśli nie masz jedzenia ze sobą, kawiarenka na pewno coś dostarczy(głównie słodkości), aczkolwiek my tym razem spasowaliśmy.

Wszystko to w otoczeniu ciszy mąconej odgłosaim przyrody i... dzieci ;)