środa, 17 stycznia 2018

Przebiśniegi już się bielą...





... wśród listków bluszczu i zeszłorocznych liści.



Zatem jest już nadzieja, na lepsze, jaśniejsze, dni...



Choć do prawdziwego ciepła, to jeszcze daleka droga!



Przyciągnięty z dziczy pieniek, porasta mchem i pokrywa się porostami coraz bardziej:



Za chwilę zniknie wśród listków bluszczu, który płoży się tam po ziemi.



Wynalazłam wzór, który już od lat, nie żartuję, miałam zacząć. Po dwóch okrążeniach słupków układających się ukośnie, powstała podkładka pod kubek. Większej raczej robić nie będę. Gdybym chciała wyszydełkować wszystkie okrążenia, według wzoru, powstałaby serwetka raczej niż podkładka.



Bardzo przyjemna w robocie serweteczka i wydaje mi się, że efektowna.

 Do tego, co bardzo lubię, już bez blokowania układa się płasko na stole. Wystarczy jej minimalne usztywnienie.

piątek, 5 stycznia 2018

Dwa tygodnie bez dzieci...




...minęły jak z bicza strzelił. W niedzielę lecę po nie do PL i w niedzielę też wracamy.


Oczywiście prawie każdy życzył nam udanego wypoczynku, relaksu bez dzieciaków, miesiąca miodowego niemalże. Nawet Monisia przed wyjazdem zadała pytanie: mamo, a mieliście miesiąc miodowy? - Nie, a dlaczego pytasz? - To teraz będziecie mieć!-powiedziała zadowolona.
Rzeczywistość była trochę inna, co nie znaczy, że gorsza. Inna, po prostu.


Zabraliśmy się za zmianę koloru na korytarzu. Miałam tam ciemny fiolet i żółty. Malowałam to kilka lat temu, może 4-5. Teraz stwierdziłam, że już mam dosyć tych kolorów. Postanowiliśmy zmienić na coś spokojnego, stonowanego....



I mamy teraz delikatną, jaśniutką - czego na tym zdjęciu nie widać - szarość.
Malowanie zajęło nam kilka dni, bo aby pokryć fiolet, trzeba było 3 warstwy białej farby i dwie szarej. Z żółtym też nie było lepiej, po 3 warstwach zniknął.


Wieczorami, kiedy odpoczywały mi ręce po malowaniu, dziergałam. Tak powstały prawie 3 pary skarpetek z resztkowych włóczek. Pozostało pochowanie nitek końcowych i początkowych.



Powstał też szalik-pętla, z tym, żeby to była pętla, to trzeba jeszcze połączyć końce :)



Od znajomej Irlandki dostałam zestaw dwóch "lampek" do kandelków. To nie mój styl, kompletnie. Nie wiedziałam co z tym zrobić, bo było szkaradne. Teraz wygląda lepiej, bo obdarłam to z plastikowych gałązek świerku i chamskich koralików, mających imitować jagody ostrokrzewu. W pierwotnej wersji raniło oczy, naprawdę.



W wolnej chwili postanowiłam rozmątować koraliki i zobaczyć, co potem będzie można wymyślić.



W tej chwili już zaczyna coś przypominać, ale nie wiem, czy ostatecznie zdecyduję się zatrzymać ten zestaw i się bawić w uzdatnianie, czy po prostu oddam.



Ogród też nie próżnował. Pierwiosnki już wypuszczają nowe rozety liści:



Malwy też budzą się do życia i to mnie niepokoi, bo tylko patrzeć, jak tabuny ślimaków pogalopują w ich kierunku i zeżrą do gołej ziemi. Na samą myśl, krew się we mnie burzy.


Tulipany, hiacynty, żonkile... wszystko wysadza główki. Jak nic trzeba się brać za suszenie i kruszenie skorupek jajecznych.



Przebiśniegi oczywiście już wypełzły całym stadem; w zasadzie od połowy grudnia zaczęły wychylać pąki i sprawdzać, co słychać na zewnątrz, więc teraz są całkiem spore, w porównaniu z innymi roślinami.



Na poniższym zdjęciu - stare z nowym:


...czyli metalowe naczynia na kwiaty i imbryczek.




Zniszczone są dość mocno, ale nie tak, żeby ich urok zaginął.







Widzę w nich bukiety kwiatowe...

 

wtorek, 26 grudnia 2017

Jak co roku...




...Święta Bożego Narodzenia minęły w mgnieniu oka.

Mam nadzieję, że upłynęły one wszystkim w dobrej, spokojnej atmosferze.


Zostało mi kilka zdjęć do wstawienia. Nasza podświetlona szopka na zapchanym trochę kominku:



Dziewczyny dekorowały nie tylko choinkę. Ustawiały też wszystkie możliwe ozdoby i tak to zostawiłam. Szopka, aniołki, domki... Skoro tak im się podoba, niech będzie; dom nie musi wyglądać jak wyjęty z magazynu, wszystko na miejscu i wysmakowane. Dom ma być też dla nich, dla dzieci.



Jaką radość miały Monika i Iza, nosząc i ustawiając te szklane, delikatne ozdoby. Mogły się oczywiście potłuc, ale się nie potłukły, a one jakie dumne były, że mogą to robić! Całą kolekcja aniołków poszłą na kominek.


Na zdjęciu wygląda to wszystko zabałaganione, ale w realu tak tego nie odczuwam...
Na kominku stoi karta świąteczna od naszej Najstarszej. Sama wpadła na pomysł, poszła i kupiła prezenty dla nas i dla sióstr. Zrobiła nam ogromną niespodziankę... Taki skok w dojrzewaniu, a tylko pół roku minęło od zaczęcia secondary school, czyli szkoły średniej.


Do tego wszystkiego otrzymaliśmy list z wynikami Najstarszej za pierwsze półrocze. Miała dwie tury sprawdzianów: najpierw przed Halloween, potem, poważniejsze, przed świętami. Wyszła naprawdę dobrze, na piątkach i czwórkach. Jesteśmy z niej niesamowicie dumni.




Nasze pelargonie nic sobie nie robią z zimy i kwitną w najlepsze! Do czerwonej, dołączyła różowa i dają czadu na parapecie, rozświetlając szare dni.



Monika miała swój występ szkolny zdecydowanie później, niż Iza, więc dopiero teraz wstawiam zdjęcie z nauczycielką:



I jeszcze kilka fotek ze spacerów przedświątecznych. Krowy wciąż pasą się na łąkach i "ocieplają" zimowy, pusty krajobraz.



Omszone murki, które teraz bardziej wybijają się ze swoją zielenią:



I kolorowe zachody słońca nad torami...






I ostatnie zdjęcie: dzieciaki przed ich wielką podróżą! Pojechały bez rodziców, za to z rodziną, na swoją niezapomnianą przygodę. My jesteśmy sami w domu - pierwszy raz po prawie 13 latach - a one bawią się dobrze tysiące kilometrów od nas....


piątek, 15 grudnia 2017

I już jesteśmy na półmetku




Aż wierzyć mi się nie chce, że to połowa grudnia.

Dziś Izabela miała swoje jasełka w szkole. Po raz pierwszy wystawiano je na scenie, specjalnie przygotowanej na takie okazje. Po obu stronach sceny jest zaplecze, gdzie dzieciaki się przygotowują - za czarną kotarą. Tło podwieszane, zależnie od okazji:


Kotara, która skrywa to, co się tam dzieje tuż przed występem...


W końcu, po tylu latach, jest tak, jak być powinno. Choć muszę przyznać, że tzw. sala teatralna w mojej szkole średniej, całe lata temu!, byla o niebo lepsza, ale nie ma co narzekać. Za panowania poprzedniej dyrektorki i tego byśmy się nie doczekali. Co ciekawe, teraz jest zdecydowanie mniej składek, loterii i innych form zbierania pieniędzy, a mimo wszystko więcej rzeczy szkoła zakupuje. Oto, co znaczy sprawne zarządzanie.

Po występie był czas na zdjęcia. I tu siostry poszalały...



Iza w przebraniu owieczki. Może przebranie, to zbyt mocne słowo, ale po wyszydełkowaniu czapki nie pomyślałam o niczym innym.



Zdjęcie z nauczycielką Iza musiała mieć:



...i do tego z naszym nowym dyrektorem, którego najmłodsza bardzo lubi. I chyba z wzajemnością, bo nie nie przepuści on okazji, żeby z nią nie porozmawiać; jak jeszcze i ja się nawinę, to też zawsze jakiś temat wyskoczy. I tylko naszego nazwiska nie potrafi dobrze wymówić....


W domu tymczasem....

Pierniki brukowce już zapakowane w puszkach(Iza i Monika toczyły kulki, a Gosia lukrowała):


KOcham ten przepis za wszystko: za łatwość robienia, za szybkość i za smak.

Pierniki wycinane to wspólna praca - Artur tutaj też dołączył i miał, w ich powstaniu, ogromny udział. W zasadzie gdyby nie on, to nie wiem, czy bym je upiekła. Miałam gorszy dzień, ciasto mnie wkurzało - tak, miałam ochotę rzucić nim z całej siły o ścianę!, a małżonek zakasał rękawy i między zabiciem jednego wroga, a drugiego(grał cały czas w jakąś grę), załadowywał tace z ciastkami.
Lukrowanie i ozdabianie to już dwie młodsze - najstarsza stwierdziła, że nie ma 5 lat, żeby się w to bawić.
To olbrzymie serce, to wyraz mojej rozpaczy. Został mi kawałek ciasta, którego już nie miałam ochoty wałkować i wycinać, i wałkować, i znowu wycinać... z całości rozklepałam serce i tyle :)


Coś mnie podkusiło i kupiłam tutejszy zestaw suszonych owoców w brandy. Jak już je miałam - całe kilo - to wyszukałam przepis na Moje wypieki i... upiekłam  angielskie ciasto bożonarodzeniowe. Oczywiście w moich owocach za mało było brandy, a w domu jej nie miałam. Za to miałam whiskey - wiem, to co innego, ale bardziej zależało mi na podbiciu smaku alkoholem - i nie zawahałam się jej u żyć. Alkohol w trakcie wyparowuje, a aromat zostaje i o to chodzi.

Ciasto wychodzi cieżkie - zabić bym chyba nim mogła, gdybym miała taką potrzebę, ale przy tym bardzo delikatne i przyjemne w jedzeniu, szczególnie z gorzką kawą czy herbatą. I oczywiście jest strasznie słodkie - osobiście uważam to za największą zaletę, bo dla mnie nie ma rzeczy zbyt słodkich.
Myślałam, że mój małżonek się ucieszy, że tak się postarałam, a on popatrzył na gotowy produkt i westchnął z rezygnacją. W pracy ma to ciasto teraz prawie non-stop, bo Irlandczycy kupują gotowce i przynoszą, a w dodatku to nie jego "cup of tea". Zjadł kawałek z taką męczeńską miną, że zakazałam mu podchodzić do talerza, bo jeszcze jedno westchnięcie i nie ręczę za siebie.


W końcu upiekłam mu drożdżową gwiazdę z makiem, a tamto zjadłam sama(dzieci też nie polubiły).
W sumie nie wiem dlaczego tak im wszystkim nie smakował ten wypiek...  Czego w nim nie ma... morele, śliwki, wiśnie, rodzynki, sułtanki, porzeczki, skórki pomarańczy i cytryny, orzechy... i wiele innych. Zgromadzić te wszystki produkty, to już trzeba się nieźle ogarnąć w sklepie.

Zmieniłam ustawienie w pokoju dziennym ze względu na choinkę. Nijak nie chciała nam się zmieścić, w jadalni też zabrakło dla niej miejsca, bo ścianę zabudowaliśmy półkami... w końcu poprzesuwałam kanapy i fotele i jest...



Pojawiły się też akcenty zimowo-świąteczne:



Pozawieszaliśmy światełka gdzie się dało, dodałam do tego ostrokrzewu i już jest inaczej.


Śnieżynki na tle okna mają swój moment:


Dołączyły do nich sople lodu(umownie tak je nazywamy):



Na parapecie rosną tulipany do zakwitnięcia, ale na pewno na święta nie wyjdą; nic to, będą później:



A w ogrodzie ciemiernik. Tym razem w lekko bordowym odcieniu. Biały, który kisi się w domu, dołączy do niego na wiosnę:


Miłego weekendowania!